Kwiecień 2013, Portee, Wyspa Skye, Szkocja, trzeci dzień wyjazdu. Wstaliśmy o godzinie 6:10, szybki prysznic i śniadanie. O 7:00 byliśmy już na przystanku autobusowym. Stąd mieliśmy dojechać kilkanaście mil do miejscowości Broadford. Gdy powiedzieliśmy kierowcy, że udajemy się do Armadale pieszo, wysadził nas idealnie na rozdrożu – oszczędzając nam 1,5 mili marszu. I z uśmiechem na ustach życzył nam powodzenia. Miło z jego strony. Trudno nie było mu przyznać racji. Wszak do przejścia mieliśmy nadal 15 mil, a w niedzielę brak jest jakiegokolwiek publicznego transportu w tym kierunku. I to dopiero miał być początek przygody tego dnia. To był pierwszy dobry uczynek zupełnie obcej osoby tego dnia. I nie ostatni.

Godzina 8:00.  Stoimy przy znaku informującym o najbliższym promie z Armadale do Mallaig. Był o 11:00, liczyliśmy jednak, że dojdziemy na kolejny o 15:00. A tak w ogóle, to mieliśmy łapać stopa – pierwszy raz w życiu z pomocą kartonu po jabłkach.

szkocja_armadale_2

No właśnie – jak widać mamy walizki na kółkach 🙂 Skąd w ogóle tak głupi pomysł, by je brać, a nie plecaki? Już wspominałem – mieliśmy mieć auto. Walizki idealnie pasowały do rozmiarów bagażu podręcznego Ryanair. Wszędzie jak sierotki nosiliśmy te walizeczki, strasznie nam wadziły. W każdym razie nie ma na co czekać, jeszcze nie pada. Ruszamy z nadzieją, że złapiemy stopa zanim zacznie. Po godzinie udało nam się przejść 2,5 mili. I minęło nas jedno auto, które oczywiście się … nie zatrzymało. Trudno się dziwić. Kto o zdrowych zmysłach by się zatrzymał? Idzie trzech facetów i ciągnie za sobą walizki na kółkach, będąc po środku niczego. Do najbliższego miasta przynajmniej kilkanaście mil. Co oni tu robią? Co mają w walizkach? Ciało w kawałkach?

 

Mija nas straż pożarna na sygnale. Straż pożarna wraca z interwencji, a my nadal idziemy. Ręka zaczyna już boleć od ciągnięcia kółek po chropowatym asfalcie. Jestem dość zrezygnowany, po kolejnych 30 minutach przeszliśmy 4 mile z 15. Nadal nie pada. I zatrzymuje się w końcu pierwsze auto … ale okazało się lokalną taksówką. Pani chce od nas 20 funtów. Cena wydawała się rozsądna zważywszy na kompletny brak perspektyw na stopa oraz zbliżający się deszcz. Ale zostałem przegłosowany, pozostali nie chcieli i byli pełni optymizmy.

Auta było widać i słychać z daleka. Jak tylko się jakieś zbliżało, czekaliśmy w gotowości z tabliczką. Tym razem zbliżała się zielona corsa, niestety nie wygląda jakby miała zwolnić. Zrezygnowani zaczynamy iść … gdy nagle widzimy, że zatrzymała się 100 metrów dalej. Biegniemy w euforii. Czyżby?! W aucie Pani, która oznajmia, że nas weźmie do Armadale – tam prowadzi właśnie sklep z pamiątkami. Jedziemy!

Nikogo nie chcę oceniać … ale nikt inny nie miałby odwagi nas wziąć. W aucie leci ostry rock, zaś sam kierowca – w tatuażach i kolczykach, wiek około 35 lat. Jest jednak bardzo miła. Pełni wdzięczności zaczynamy rozmowę – co my tu robimy itp. Niestety nasz angielski do idealnych nie należał. Chcieliśmy powiedzieć, że łapiemy stopa. Niefortunnie fatalnie się przejęzyczyliśmy (nie będąc tego świadomym) mówiąc hijack. Pani bardzo się przestraszyła i zdenerwowana zatrzymała samochód. Dopiero po chwili się zorientowaliśmy, jaką gafę popełniliśmy. Powtórzyliśmy z 10 razy hitchhiking i po wielokrotnych przeprosinach sytuacja się uspokoiła. W 20 minut, jadąc nieraz 120km/h byliśmy już na miejscu! Drugi bezinteresowny dobry uczynek obcej osoby tego dnia.

Armadale

Armadale

Mając jeszcze 40 minut do promu (o 11:00!) postanowiliśmy zwiedzić okolicę. Okazało się, że jest tu lokalna ścieżka edukacyjna, o którą dbają społecznie mieszkańcy. Zawierała także oryginalną toaletę. Musi tu być pięknie latem. Zresztą zobaczcie sami.

Zbliżała się godzina 11:00, więc udajemy się do portu. Czeka nas 40-minutowa przeprawa, już do głównej wyspy – do miejscowości Mallaig. Stamtąd mieliśmy już pociąg dalej do Fort William.

Zaczęło padać jak tylko ruszyliśmy, a gdy dopłynęliśmy wyszło słońce! Szczęście nam znowu dopisuje.

Mallaig

Po dojściu do stacji kolejowej okazało się, że kolejny pociąg jest dopiero o 15:00. Mamy 3 godziny czasu. Postanowiliśmy podejść do informacji turystycznej. Chcieliśmy zostawić bagaże na ten czas, bo mieliśmy ich już serdecznie dość. Niestety nie ma przechowalni, ale Pani jest bardzo miła i je nam popilnuje w kącie. Trzeci, ale jak bardzo przyjemny dobry uczynek 🙂 W końcu wolni jak ptaki – wstąpiła w nas energia. Samo miasteczko bardzo urokliwe, ale jakby wymarłe, bez ludzi na ulicach. Po chwili namysłu wskazujemy palec na okoliczne wzgórze – tam idziemy! Nie ma tutaj szlaków ani drogowskazów. Prowadzi jedynie wydeptana ścieżka przez wyrwy w siatkach.

 

 

To był świetny pomysł. Miasteczko z góry wyglądało magicznie. Śmiem twierdzić, że słoneczna pogoda i zieleń odebrałyby tu klimatu.

Mallaig

Zbliża się godzina 15:00, czas wracać na pociąg. Odebraliśmy bagaże, w podzięce za brak opłaty kupiliśmy gorącą herbatę. Czekała na nas podobno najpiękniejsza trasa kolejowa w Europie, Mallaig – Fort William. To na niej nagrano pociąg do Hogwartu w Harrym Potterze. Co ciekawe, można się nim przejechać, ale kursuje tylko w sezonie (od maja). Poza nim jeździ jeszcze normalny skład. Wstyd się przyznać, ale większość trasy przespaliśmy – zmęczenie dało się we znaki. Solidna dawka cydru też miała na to wpływ 🙂 .

Fort William

Przed 18:00 dojeżdżamy do Fort William. Idziemy szybko w stronę dworca autobusowego. Według informacji, do schroniska oddalonego 5 mil od miasta jeździ autobus. Okazało się to prawdą. Jeździ. Raz dziennie o 6 rano. Pogodzeni ze swoim losem wstąpiliśmy do sklepu po zakupy na kolację. Przed wyruszeniem w kolejną wędrówkę z naszymi walizkami zweryfikowaliśmy jeszcze mapę. Zapytaliśmy przypadkową parę, żeby potwierdzić gdzie to schronisko się znajduje. Potwierdzili lokalizację. Idziemy.

Cmentarz i Lidl - Fort William

Będąc już w drodze, po 20 minutach, obok nas zatrzymuje się samochód. Okazuje się, że to ta sama para którą zaczepiliśmy przy Lidlu. Szukali nas i chcą nas podwieźć bezpośrednio do schroniska, bo wiedzą że to nie jest blisko. Chociaż jest im to zupełnie nie po drodze z chęcią nam pomogą. Nie możemy uwierzyć, że ludzie tutaj są tak pomocni i bezinteresowni. To już czwarty raz dzisiaj, gdy ktoś zupełnie obcy wyświadcza nam przysługę! W schronisku jesteśmy o 18:30. Powinniśmy się położyć na łóżku i natychmiast zasnąć. Ale jeszcze jest jasno. To co robimy? Wracamy do Fort William pieszo! Ale tym razem bez walizek 🙂

Miasteczko okazało się niestety mało interesujące. Po wypiciu piwa w barze wróciliśmy do naszego noclegu. Tego dnia przeszliśmy blisko 20 mil pieszo. Siedząc wieczorem w kuchni otworzyliśmy kolejne piwo. I zorientowaliśmy się  … że przecież jesteśmy tuż pod najwyższym szczytem Wielkiej Brytanii – Ben Nevis, a od schroniska biegnie ścieżka. Tym razem rozsądek zwyciężył. Na jutro zapowiadano śnieg i mgłę, a my nie mamy żadnej odzieży górskiej. No nic, innym razem! Jutro musimy wstać o 6:00, żeby zdążyć na pociąg do Glasgow. Graliśmy jeszcze w karty do północy … i tak najdłuższy dzień dobiegł końca.

Jako ciekawostkę należy dodać, że na Ben Nevis ginie nawet kilkanaście osób rocznie. Brzmi strasznie, ale przy skali osób które na niego wchodzi (150 000 osób) jest nieco bardziej zrozumiałe. Ciekawy raport z 2011 roku (źródło: Scottish Mountain Rescue) – na Ben Nevis było 94 interwencji

Podsumowanie wyjazdu

Relacji z Glasgow/Edynburgu nie będzie, bo miasta to nie to samo i to nie dla mnie. Jak było w Szkocji? Czasu było zdecydowanie za mało na zobaczenie wszystkiego. Właściwie nie zobaczyliśmy większości zaplanowanych atrakcji (bo celem były szkockie zamki). Wydaliśmy zdecydowanie więcej niż planowaliśmy, około 1800zł (bilet kolejowy był nieplanowanym wydatkiem, który podniósł koszt wyjazdu o 40% z 1300zł). Wszytko poszło nie tak, a mój pieczołowicie przygotowywany tygodniami plan runął jeszcze przed wyjazdem. Według założeń wyjazdu – porażka.

W rzeczywistości był to wyjazd, który odmienił perspektywę jak planować podróże oraz co się w nich naprawdę liczy. Dla mnie liczą się wspomnienia. Zrozumiałem, że jeżeli nie pamiętam swojego wyjazdu, to jest właśnie porażką. Gdybyśmy spełnili założony plan, nie jestem przekonany bym ten wyjazd wspominał z takim sentymentem Ten jeden dzień jest dla mnie niezbitym dowodem; po latach dalej świetnie pamiętam każdy jego detal. To jest wyjazd, gdzie plan po raz pierwszy zderzył się z przygodą. Czy to oznacza, żeby niczego nie planować? Niekoniecznie, kolejne wyjazdy były dla mnie poligonem doświadczalnym.