Dzień 7

Poranek był bez niespodzianek, znowu słoneczny. To co trochę przeszkadzało to owady. Było to jedyne miejsce, gdzie można zauważyć dość sporą ilość much i komarów. Na szczęście nie było ich na tyle, by zakładać moskitiery. Tego dnia do przejścia było zaledwie 11 km i celem była chatka Eqalugaarniarfik. Jednak górzysty teren powodował, że na to przejście trzeba było również liczyć nawet 8 godzin. Trasa zaczęła się od dość stromego podejścia.

Po zdobyciu kolejnej wysokości szlak meandrował między skałami.

Naszym oczom ukazywały się inne formacje skalne a niedługo po nich ogromne przestrzenie, które czekały na zdobycie!

Po zejściu na dół czekała na nas płaska powierzchnia, w tym płynąca doliną rzeka.

Po chwili odpoczynku czas na przejście rzeki. Na podstawie relacji spodziewaliśmy się wody przynajmniej po pas. Okazało się, że wody jest niewiele i nie sięgała wyżej niż poziomu kolan.

O ile na niski poziom rzeki narzekać nie możemy, to lokalni rybacy mieli nie lada wyzwanie. Skąd się tutaj w ogóle wzięli? Płynęli z jeziora w stronę morza. A jak wiadomo, rzeki wpływają do oceanów?

Trasa prowadziła dalej przez wyschnięte bagna, które układały się w piękne wzory.

 

Do chatki docieramy dość wcześnie, bo przed godziną 14:00. W środku nie ma nikogo, miejsca starczy dla nas wszystkich! 🙂 Sam widok do najgorszych nie należał. Zjedliśmy obiad w komfortowych warunkach.

Mając dużo czasu postanowiliśmy zwyczajnie odpocząć. Jednak niektórzy nie potrafią (np ja), więc albo chodziłem przynosić wodę z okolicznego strumyka (w domku były baniaki i instrukcja gdzie ten strumyk się znajduje). Inna osoba postanowiła zebrać owoce, których było dużo w okolicy. W pół godziny uzbierał się taki baniak.

W godzinach wieczornych przybyło jeszcze dwóch piechurów, którzy szli w drugą stronę szlaku. Nie było już miejsca na łóżkach (realnie 5 materaców), ale stwierdzili że spanie na podłodze i tak jest lepsze niż w namiocie. Okazało się, że byli z Czech. Od słowa do słowa … i na stole pojawiła się czeska śliwowica. W odwecie stwierdziliśmy, że w końcu jest pora by uwolnić jeden z naszych termosów z Żubrówki. I w ten sposób wieczór minął bardzo upojnie i wesoło. 🙂 Kąpieli tego dnia nie było. Wszak nogi już umyte w rzece. A do jeziora za daleko …

Dzień 8

Z delikatnym bólem głowy opuszczamy nasze imprezowe miejsce, robiąc jeszcze pamiątkowe zdjęcie.

Do przejścia jest 23km. Stąd prowadzą dwie odnogi trasy. Jedna w dół w stronę jeziora na zachód, druga w górę na północ, które potem się łączą. Tzn. dowiedzieliśmy się o tym dopiero jak poszliśmy tą północną … gdy nagle się skończyła. W każdym razie wybór był niezły, po drodze był znany szczyt z pocztówek Half Dome:

Tylko że nie jesteśmy w Kalifornii. 🙂 To już ósmy dzień naszego przejścia. Nasze poczucie humoru dotykało dna, bo w ruch poszły suchary i kawały, które opowiada się po piątym piwie. Tylko, że byliśmy trzeźwi. A tematy związane z fizjologią i wypróżnianiem były wręcz kunsztem. Brzmi strasznie, ale zrozumie to każdy po kilku dniach przebywania w dziczy. Bo w obliczu kąpieli w lodowatej wodzie, czy poszukując wolnych kamieni pod którymi jeszcze nic nie ma – jesteśmy wszyscy równi.

Ścieżka gdzieś się nam gubi, więc idziemy na azymut. Ale to zupełnie nie przeszkadza przy takich widokach.

Ustalamy, że zatrzymujemy się na obiad gdy dojdziemy do jakiegoś sensownego jeziora. W końcu po około 7 kilometrach znajdujemy odpowiednie miejsce.

Po obiadku czas w drogę, do przejścia nadal jest kilkanaście kilometrów. Widoki ciągle wynagradzały, trudno było się do nich przyzwyczaić. W tej części zdecydowanie więcej było skalistych szczytów. Takie, które po prostu chciałoby się zdobyć. Sporo z nich nie ma nazw i nie wiadomo czy na nich ktoś kiedyś był. Aż kusi wykorzystać zapasowy dzień i tam po prostu wejść? Po drodze oczywiście były borówki.

Idziemy i końca nie ma. Kolejna przerwa w urokliwym miejscu. Po prostu na odpoczynek.

Po półgodzinnym chilloucie znowu plecaki na plecy. Za wzgórzem krajobraz się zmienia. Pojawia się … trawa i strumyczki.

Ostatecznie żegnamy hipnotyzujące szczyty, niektóre wznoszące się nawet na 1500m wysokości. Na wzgórzu widać pierwszy z domków. Jednak kilometr dalej ma znajdować się tzw. Lake House. Czyli najpiękniej położony domek na całej trasie.

I faktycznie … jest ładnie.

Z takim widokiem można zacząć pisać książki.

Dla niektórych takie widoki mogą być … inspirujące:

Domek był cały dla nas. Znowu do dyspozycji mieliśmy materace. Nie było lepszej nagrody niż orzeźwiająca kąpiel w takiej scenerii i smaczny sen na miękkim materacu. Z widokiem, przy którym aż szkoda było zasypiać.

Dzień 9

Być może to powinien być dzień na postój? Mijane wcześniej góry aż kusiły o zdobycie. Niestety stan stóp jednej z uczestniczek się nie poprawiał, odciski były w każdym możliwym miejscu. Stąd decyzja o dalszym marszu. Trzeba było obejść widoczne jezioro.

Jednak po minięciu jego odpływu … trasa znika. A w jej miejsce pojawia się jedno wielkie … bagno. Wiadomo, trzeba po prostu iść do przodu wzdłuż jeziora. Pierw próbujemy omijać wilgotne miejsca. To za bardzo nie wychodzi. W sumie to na co czekam!

Lodowato … ale skutecznie. Chociaż przy każdym kroku była obawa jak głęboko się zapadnę. Tzn była, ale kijek sprawdzał teren. Na szczęście nie wszedłem głębiej niż po kolano 🙂 Teren poprawił się gdy weszliśmy na wzgórze. Ostatnie spojrzenie na tą wspaniałą okolicę.

Po drodze można było zobaczyć nieco fauny.

No i właśnie zapatrzeni przed siebie w pewnym momencie nie zwróciliśmy uwagi na prowadzący szlak (a nie zawsze warto iść wydeptaną ścieżką). Bo szlak się skończył a kopczyków w okolicy nie ma. Zgadzał się co prawda azymut … więc idziemy dalej. I wtedy orientujemy się (dzięki lornetce), że jesteśmy o kilkaset metrów wyżej niż szlak, który znajduje się w dolinie pod nami.

Dodatkowo straciliśmy się z zasięgu wzroku (bo szliśmy w odstępach po kilka minut, każdy swoim tempem). Wypatrzyłem pierwszą dwójkę i na azymut zszedłem w ich kierunku. Niestety kolejnych osób z grupy nie było. Zaczęliśmy mieć wątpliwości, czy nie poszli inaczej (ale nie ma innego szlaku) … albo czy się nie zgubili. Albo czy może na nas czekają. A może coś się stało. W końcu, po blisko godzinnym oczekiwaniu pojawili się na horyzoncie. Był też z nimi Joe (ten z Lichtenstein). Gdy w końcu do nas doszli dowiedzieliśmy się co się stało. Tak samo jak my zorientowali się w zgubieniu szlaku. I tak samo jak my, parli dalej. Jednak osoba, której stopy były w stanie agonalnym zaczęły wypadać paznokcie i nie była w stanie iść. Na szczęście mijała ich Aline (pielęgniarka z Kanady), która miała ze sobą wszystkie potrzebne specyfiki do mini operacji. I usunęła jej dwa paznokcie, dodatkowo przekazała jej spory zapas paracetamolu (bo jej się już nie przyda) oraz sztuczną skórę na rany (mówiąc “nie pytaj skąd ją mam”). Tak zaopatrzone stopy były sprawne do dalszego marszu. Stąd właśnie to godzinne opóźnienie.

Domek Nerumaq okazał się być tuż za rogiem, raptem 45 minut marszu od miejsca gdzie czekaliśmy. Jego specyficzne położenie sprawiało, że większość dnia był spowity cieniem i miało to znaczący wpływ na odczuwalną temperaturę.

Miejsc w domku w teorii było 6, wygodnie mieściły 4 osoby. Dlatego rozbiliśmy jeden namiot.

Dzień 10

Poranek był rześki i tym samym trudny, a góry skuteczne blokowały dostęp do słońca.

Chatkę dokładnie posprzątaliśmy i prezentowała się w środku jak nowa:

Do przejścia jest ponownie 16km. W tym przejście przez jeden ze strumyków.

Po drodze mijamy całą barwę tęczy.

Po drodze miało nas czekać przejście przez las. Tzn. las na miarę możliwości Grenlandii. Czyli krzewy w wysokości do 2 metrów. Trochę trudno było nam w to uwierzyć nie widząc przez ostatnie kilkanaście dni roślinności wyższej niż nasze stopy. A jednak był bardzo gęsty, przez który trzeba było się mocno przeciskać. W którym można się zgubić!

Po kilkunastominutowej przeprawie jesteśmy znowu na polanie porośniętej trawą a nie wrzosowiskami. Do przejścia jest kolejna rzeka. Jej urok aż zachęcał do biwaku.

Jednak wychodziliśmy z założenia, byle dalej, nie zatrzymujemy się. Nie korzystamy z dnia zapasowego. Ze względu na stopy jednej z osób. A może to była tylko wymówka wobec ogólnego zmęczenia? Mijamy kolejne jezioro, jednak obiadu nie jemy, zjemy go w domku. Chwila postoju na batona i idziemy dalej.

Dość wcześnie, bo o 14 jesteśmy już Kangerluarsuk Tulleq. Podobno gdzieś w okolicy jest też drugi domek. Ten jednak w zupełności nam wystarcza, jest duży z toaletą (w końcu!). Nikogo nie ma, ale czuć mocno rybą, widocznie jest często wykorzystywany przez rybaków. To co widzimy jest już fiordem, czyli słona woda!

Śpieszyliśmy się także z innego względu. To jest dzień urodzin jednej z naszych uczestniczek. Po zjedzeniu obiadu jedna z osób ma odwrócić uwagę solenizantki, podczas gdy reszta dekoruje tort.

Babka została udekorowana lukrem oraz czekoladowymi kuleczkami. Zaś na środku znajdowała się świeczka Disneya (nie było niczego innego w sklepie!). Dodatkowo z pazuchy jedna z osób (Ada) wyciągnęła smakowe herbaty z dodatkami przypraw jak choćby cynamon czy goździki, które tak nam umilały całą podróż. Gotowi zaprosiliśmy solenizantkę (Bogi) i zaśpiewaliśmy to co wypada, przy rytmie okuleli (w końcu się przydała!) 🙂

Całe popołudnie mieliśmy dla siebie. Każdy z nas skorzystał z rzeki, która wpadała do fiordu. Rześka kąpiel stała się już normalnością. A rzeka była na tyle szeroka, że każdy znalazł swoje ustronne miejsce. Z pięknym widokiem na w miarę wygodnych materacach spaliśmy do oporu. Wszak jutro miał być ostatni dzień.

Dzień 11

O ile poprzedni wieczór był dość wietrzny, tak poranek był nad wyraz spokojny. Do tego stopnia, że idealnie było widać zbliżający się przypływ. Do przejścia jest dzisiaj 22km. Tyle nas dzieli od Sisimiut.

Żegnamy fiord, bo trasa biegnie górskimi przełęczami, czeka nas sporo przewyższeń. Mijamy kolejne jezioro. Do którego pierw schodzimy, by potem wyjść na kilkaset metrów nad jego powierzchnię.

Przemy do przodu. Po obiedzie schodzimy z ostatniej przełęczy.

Po drodze trzeba przejść jeszcze mokradła. W sandałach oczywiście to nie problem 🙂

Po drodze mijamy wysokie jak na warunki grenlandzkie pasmo górskie … na które jak później się okaże jeszcze wejdziemy. Widzimy już w oddali pierwsze zabudowania. By jednak nie płacić niepotrzebnie za nocleg i skończyć zapasy jedzeniowe rozbijamy się kilka kilometrów przed miastem.

Od razu uprzedzam, stóp nie dało się domyć żadnymi środkami. Nawet pumeks z grenlandzkiego kamienia tutaj nie pomógł (oprócz doszorowania się do krwi).

Triumf zostawiamy sobie na dzień 12. Po to, aby zwycięstwo trwało jak najdłużej. A najlepiej od samego rana!

Na podsumowanie przyjdzie czas. Mamy jeszcze 3 dni na Grenlandii. Co wtedy robiliśmy? Jak wyglądał powrót? Jakie mam wnioski? Na te pytania odpowiedź w ostatnim wpisie wieńczącym cały wyjazd. Bo kilka przygód na nas jeszcze czekało!