Kontynuacja tego wpisu. Na północny Islandii towarzyszyła nam zdecydowanie lepsza pogoda. Bardziej słoneczna, z temperaturami zachęcającymi zdjęcie chociaż na chwilę bluzy. Ze sprawnymi autami wybieramy się w kierunku Dettifoss.  Po drodze krajobraz zmienia się diametralnie na księżycowy, bez życia i zieleni:

Do wodospadu Dettifoss można dojechać z dwóch stron. Oraz dwiema drogami. Ze względu na rozpoczynający się sezon możliwy był tylko z jednej strony. Na miejscu nie ma też możliwości przejścia na drugą stronę wodospadu. Trzeba objechać autem 50km! Trudno wskazać, która strona jest lepsza. Zazwyczaj ze strony zachodniej (862) droga jest lepszej jakości i najczęściej otwarta, więc i tak nie ma wyboru, tak też było w naszym przypadku. Zaś ze strony drogi 864 będzie mniej ludzi i można potencjalnie bliżej podejść do wodospadu (jest też ryzykowniej). Cóż można powiedzieć: wodospad jest potężny, a huk przeogromny. Jest to najpotężniejszy wodospad Europy. Nie bez powodu to przy tym wodospadzie nagrywano wstęp do filmu Prometeusz.

Tuż obok, bo kilometr wcześniej znajduje się Selfoss (nie mylić z miejscowością o tej samej nazwie na południu Islandii). Chcieliśmy także dojść pieszo do oddalonego 2km dalej Hafragilsfoss. Niestety droga nie była tam przejezdna, zaś przejście piesze nas przerosło (a właściwie GPS nie wskazywał znacznych postępów). Szkoda, może kolejnym razem. Temperatura 10C w ciągu godziny wzrosła do 20C. A wszystko dzięki ciemnemu i kamienistemu podłożu, które momentalnie nagrzewa się od słońca, dając efekt patelni nie do wytrzymania. Dopiero wtedy zrozumiałem, dlaczego 20 C na Islandii należy traktować jak 35C w Europie oraz dlaczego wyższe temperatury byłyby tutaj po prostu nie do zniesienia.

Po niezdobytym wodospadzie kierowaliśmy się w stronę jeziora Mývatn. Nie bez powodu (prawie) znaczeniem tej nazwy jest jezioro komarów. Komarów na Islandii nie widzieliśmy, jest za to mnóstwo much, które były jeszcze gorsze niż komary i za nic mają sobie wszelkie zakamarki ciała. W szczególności oczy. Nie gryzą, ale ich obecność skutecznie zniechęciła nas od noclegu w okolicach tego jeziora. Zaliczyliśmy znane z Gry o Tron Grjótagjá. Woda zdecydowanie za gorąca (45C), by zanurzyć w niej cokolwiek. Niestety jest okresowo zamykana ze względu na zniszczenia i zanieczyszczenia spowodowane przez turystów i jej popularność. Jest też dość mała, więc tylko dla desperatów. Po drodze też są inne ciepłe źródła, Hverir. Na nas nie zrobiły ogromnego wrażenia, jednak kolory są na tyle ciekawe, a lokalizacja tuż przy drodze, że warto wstąpić nawet na kilka minut.

Konflikt

Ze względu na długi poranek (serwisowanie auta) dość szybko trzeba było szukać kempingu na noc. Idealny wydawał się tuż przy wodospadzie Goðafoss. I piątego dnia … mieliśmy nasz pierwszy kryzys grupowy. Dla części osób było to idealne miejsce do przenocowania. A dla części było zupełnie nieakceptowalne. I obydwie strony były przekonane, że żartują z tymi propozycjami, bo są absurdalne z ich punktu widzenia. Nie było szans na porozumienie, a podział wyklarował się w postaci 6 – zostać przy Goðafoss na 4 – aby jechać dalej i nocować na kempingu w Akureyri. Wybór był prosty: jedno auto jedzie, drugie zostaje. I jedna osoba była na tyle dojrzała, aby odpuścić (ale nie byłem to ja 🙂 ) i dosiąść się do jako piąta osoba. W ten sposób zrobiliśmy sobie przerwę na blisko 24 godziny, która wszystkim dobrze zrobiła. Dlaczego? Nasze linie atrakcji się rozjechały na chwilę, dzięki czemu przy ponownym spotkaniu znowu było o czym rozmawiać. Gdyby tego podziału wtedy nie było i połowa grupy musiałaby się dostosować, z pewnością to by rzutowało na atmosferę do końca wyjazdu (bo byłaby dywagacja, co by było gdyby i co kogo ominęło). Polecam robić takie przerwy na wyjazdach, zwłaszcza dłuższych, być może jako element planu?

Przy pensjonacie obok Goðafoss byliśmy jedynym rozłożonym namiotem, zaś kolację zjedliśmy przy samym wodospadzie. Było na tyle przyjemnie, że nawet nie zrobiłem żadnego zdjęcia. 🙂 Jako ciekawostkę można dodać, że ten pensjonat został sprzedany za niebagatelną sumę (nie została ujawniona ile dokładnie?), około 170mln ISK (5mln zł?), obecnie jest przemianowany na hotel. Druga grupa spała na kempingu zlokalizowanym w mieście (Tjaldsvæðið Akureyri). Wszyscy szczęśliwie zrobili pranie (my w pensjonacie, zaś pozostali w maszynach na kempingu).

Kolejnego dnia dojechaliśmy do Akureyri i wspólnie rozbiliśmy namioty w drugim kempingu, poza miastem (około 10min samochodem od centrum Hamrar, który jest zdecydowanie lepszy). Był to czas rozluźnienia i łażenia po mieście, północnej stolicy Islandii. Chyba każdy potrzebował choć chwili kontaktu z cywilizacją. Samo miasto jest dość przyjemne, ma swój klimat i jest uroczo położone pomiędzy górami. Nasze pozytywne wrażenia mogły wynikać też ze świetnej pogody.

Impreza po islandzku

O czym nie wspomniałem na początku cyklu wpisów o tym wyjeździe to fakt, że co wieczór na sen piliśmy niewielkie ilości alkoholu. Alkohol kupiliśmy w strefie bezcłowej po przylocie na Islandię (tak, było dość tanio). W wyniku sporego roztargnienia i braku atrakcji stwierdziliśmy, że alkoholu zostało za dużo i czas wypić cały. Mieliśmy do wypicia 0,7l wódki Koskenkorva 60% (nigdy jej nie zapomnę) na 7 osób. Trzy osoby były niepijące (na szczęście). Wyszło niewiele ponad 0,1l na osobę. To wydaje się mało. Jednak po pięciu nocach w namiocie dużo nam nie trzeba było i dość szybko poprawiliśmy sobie humor. Do tego stopnia, że doszliśmy do wniosku – trzeba iść na kluby. Osoby niepijące były kierowcami i przywiozły nas do miasta. Była północ, ale słońce nadal dzielnie świeciło. Bardzo dziwne uczucie.

Pierw trafiliśmy do baru (a miał to być klub). Gdzie kupiliśmy jedno … dwa, niektórzy nawet trzy piwa. Jedynie poznaliśmy Islandczyka, który nie mówił słowa po angielsku. Powtarzał tylko Skál (na zdrowie). Chyba całe życie spędził w barze (bo na Islandii każdy umie mówić po angielsku … albo po polsku). Niestety po alkoholu człowiek pieniędzy nie liczy, było w to około 40zł za 0,4l. Potem trafiliśmy do kolejnego baru (znowu nie klubu), gdzie były kolejne piwa. O trzeciej rano (tak, świeciło słońce) zdezerterowałem i zostałem odwieziony do kempingu. Reszta historii bazuje tylko na relacjach od znajomych. W mieście został jeden kierowca i czterech imprezowiczów. Chcieli znaleźć w końcu ten klub. Jak to bywa po alkoholu, w grupie siła … i ‘przypadkowo’ wpadli w inną grupę Islandczyków w podobnej ilości i stanie. Skończyło się tylko na przepychance słowno-wokalnej. Gdy w końcu trafili do klubu o 4 rano,  już nikogo w nim nie było. Niestety powrót był dość doniosły, poszukiwanie własnego namiotu było pewnym wyzwaniem. Co podejrzewam obudziło przynajmniej połowę kempingu (mnie też). Słońce było już wysoko, a to było ostatnie o czym każdy z nas marzył będąc pod wpływem. I tak dogorywaliśmy do godzin południowych.

Czy jesteśmy z tego dumni? Z pewnością nie. Czy było tego warte? Tych pieniędzy na pewno nie. Nigdy się nie przyznaliśmy przed sobą ile wydaliśmy. W moim przypadku było to około 200zł.  Czy żałuję? Absolutnie nie. 🙂 Niestety słońce będąc w takim stanie nie pomaga w regeneracji. Trzeba się jakoś ratować. Podjechaliśmy do sklepu kupując multiwitaminę, próbując się nią ocucić. Ta nie dawała zbytnio efektów. Stwierdziliśmy, że jedyne co może nam pomóc to ciepłe źródła. Gdzie są najbliższe w miarę na zachód? Grettislaug! Jedziemy. Było tylko dwóch kierowców. Ci, którzy rozwozili nas w nocy. Były to osoby, które na co dzień autem nie jeżdżą (ale mają prawo jazdy), były też niewyspane. Ahoj przygodo. Droga nie była prosta i sposób jazdy podnosił wielokrotnie ciśnienie w bolącej głowie. Po dwóch godzinach w końcu dojeżdżamy.

Pojawiają się charakterystyczne dla Islandii obrośnięte trawą domki. Ale to co dla nas najważniejsze, to ciepłe źródła. Cena wejścia za osobę to 1000ISK. Dostępne są dwa ciepłe baseny. Obydwa z wysoką temperaturą. Jeden, większy okazał się zbyt ciepły (blisko 45 C), zaś drugi miał około 40 C. Nadal dość gorący, ale da się wejść. Obydwa były … chłodzone zimną wodą z węża ogrodowego. To było to, czego potrzebowaliśmy…

Po blisko godzinie wróciły nam siły witalne i standardowi kierowcy mogli w końcu siąść za kółkiem. Mglista i zimna pogoda powoli ustępowała słońcu. Jedziemy na zachód …

Jesteś ciekaw ostatniej części?