Kontynuacja poprzedniego wpisu. Dzień trzeci dobiega końca. Początkowo chcieliśmy nocować na kempingu w centrum Hofn. Po wcześniejszym niesamowitym noclegu nie chcieliśmy skończyć w ‘czymś zwykłym’. Olewamy także jeden przydrożny, który niczym się nie wyróżniał. Ryzyko się opłaciło. Wykończeni znajdujemy przypadkowo niezwykły nocleg – kemping z miejscem tylko dla 3 namiotów z idealną trawą wyrastającą pośród skał. Cały dla nas z 4 prysznicami i nielimitowaną ciepłą wodą. Czyli wylądowaliśmy na kempingu na przylądku Horn! Tudzież obecnie Viking Cafe. Tuż obok znajduje się replika wioski wikingów. Bardzo klimatyczne miejsce.

Ta chmura dawała niesamowity klimat, kłębiła się nad nami godzinami. Niestety … wszystko kiedyś musi spaść. I chmura zeszła gdzieś o 4 rano. Łamiąc jeden z naszych namiotów. Część grupy skończyła w samochodzie a sytuacja uspokoiła się dopiero po 8 rano.

Jesteśmy właściwie na wschodzie wyspy. Pogoda nas nie rozpieszcza, przez co chęć do postojów (zwłaszcza po nieprzespanej nocy) zdecydowanie nie przeważa w grupie. Aby skrócić sobie drogę decydujemy się na przełęcz Oxi. I był to bardzo dobry wybór.

Pierwsza żwirowa droga daje sporo zabawy, ale i obawy, czy na końcu jest przejazd. Oraz czy nasze samochody zapakowane po sam dach są w stanie pod nią jechać. Jadący TIR z dużą prędkością nas uspokoił. Z zieleni przeszliśmy w monochromatyczne kolory. Gdy już mocno zmarzliśmy a śnieg stał się zbyt mokry, czas na przejazd na drugą stronę przełęczy. Zdecydowaliśmy, że pojedziemy na wodospad Hengifoss i towarzyszące mu kilka kaskad (m.in. Litlanesfoss). Islandzka zmienna pogoda tym razem nam dopisuje, warto było przejechać te góry. Świeci słońce i robi się na tyle ciepło, by iść w T-shircie! Kto by się spodziewał tego na Islandii …  Bazaltowe skały przyjmują niezwykłe, geometryczne struktury. Na pierwszym planie pojawia się Litlanesfoss.

Gdzieś tam na górze już widać nasz cel. Hengifoss. Niestety po drodze trzeba było wielokrotnie zdejmować buty ze względu na wysoki poziom wody i zalane kładki. Kontakt z wodą (a właściwie jej temperatura) przypominał nam gdzie jesteśmy. Te niewygody wynagradzały widoki. Oraz jak zwykle samotność, bo oprócz nas nikogo więcej nie było. Wydawało się to już normalne, ale z perspektywy czasu nadal to bardzo dziwi i tym bardziej kontrastuje z innymi miejscami na ziemi, gdzie naturę musimy dzielić z dużą ilością osób na małej powierzchni.

Cel jest tuż tuż. Jednak mimo coraz mniejszej odległości od celu, cały czas sprawia wrażenie, że się przed nami chowa. Jakby nie dało się do niego do końca dojść. I rzeczywiście, trudno ujrzeć go w całości przez hałdę śniegu, która jeszcze nie roztopiła się po zimowej aurze. Szlak nie prowadzi też pod sam wodospad ze względu bardzo strome podejścia i sypki kamyk. Ale nic nie szkodzi:

Szczęśliwi, spędzamy tutaj blisko godzinę.

Kolejnym celem były zapasy jedzenia, które nam się skończyły. Wybraliśmy się jak zwykle do Bonusa, w miejscowości Egilsstaðir. Po obfitych zakupach chcieliśmy kierować się na północ. Stwierdziliśmy, że bardzo ciekawą drogą będzie numer 917, bo jest najkrótsza. Niestety nie sprawdziliśmy, że jest ona … nieprzejezdna w części górskiej. A na jej szczycie jest nadal dwa metry śniegu. Nie pozostało nam nic innego jak zrobić sobie pamiątkowe zdjęcie i wrócić się 20km.

Wtedy stało się to co nieuniknione? Awaria w samochodzie. Na samym początku powinienem dodać, że nasze auta nie grzeszyły nowością. Co miało swoje zalety, bo zarysowania i odpryski nie będą sprawdzane, było też tanio. Ale jakość opon (zjechany bieżnik), czy skrzynia biegów, która zmieniała (albo często nie) biegi zupełnie nielogicznie pozostawiała wiele do życzenia. Zaniepokoił nas hałas tarcia metalu w tylnym kole. Generalnie taki, jaki nikt nie chciałby usłyszeć. Zwłaszcza na pustkowiu. Po kontakcie z wypożyczalnią zostaliśmy skierowani do Vopnafjörður, gdzie jest zaprzyjaźniony serwis. Nie planowaliśmy tam jechać, ale cóż … przygoda. Pozostaje dojechać bez potencjalnych hamulców, tylko 50 km. W kompletnej mgle z widocznością 30m. To była bardzo długa przejażdżka. Na tyle stresująca, że nikt nawet nie zrobił zdjęcia z tego fragmentu. Jakimś cudem dojechaliśmy bezpiecznie do tej miejscowości. Zakwaterowaliśmy się na jedynym kempingu w mieście. Jak się okazało … właściciel jest właścicielem serwisu i wie o naszym problemie. I w związku z tą sytuacją oznajmia, że za kemping nie płacimy! 🙂 Pozostaje nam czekać do rana do otwarcia serwisu i liczyć, że w miejscowości zamieszkałej przez 500 osób mają części akurat do naszego samochodu. Samo miejsce nie wydawało się urokliwe, bo strasznie śmierdziało rybą, widoków też nie było ze względu na mgłę.

Ogromna niespodzianka czekała na nas rano, z trzech powodów.

Pierwszy: Niesamowity widok o poranku, który zmienił zupełnie oblicze miejsca w którym nocowaliśmy.

Drugi: Po kontroli w serwisie okazało się, że w naszym samochodzie nie ma w ogóle z tyłu zamontowanych klocków hamulcowych (i w taki sposób jakimś cudem przejechaliśmy 1000km). Oraz to, że akurat są na stanie i z oczywistych względów za wszystko płaci wypożyczalnia.

Trzeci: Zepsuł nam się drugi samochód. A tak dokładniej, rozładował się w nim akumulator. Na szczęście, i tym razem serwis nie zawiódł, pożyczając kable rozruchowe. Potrójne szczęście zmotywowało nas o zadbanie bardziej o samochody, czyli pora na ich umycie. Bo jest darmowa myjnia 🙂

Zwarci i gotowi ruszamy dalej. Jesteśmy już na północy Islandii, dzień piąty naszego wyjazdu trwa w najlepsze … kolejna część.